790 219 220 kontakt@pro-psyche.pl Lenartowicza 33-35, Bydgoszcz

Akceptacja siebie a poczucie wartości

Jeśli sami nie akceptujemy siebie, to trudno będzie nam budować głębokie i intymne związki z innymi. Akceptacja siebie to fundament naszego psychicznego dobrostanu.

Poczucie własnej wartości to jeden z tych aspektów psychiki, które łączą nas mimo wielu różnic – w większym lub mniejszym stopniu każdy z nas mierzy się z pytaniem, czy siebie lubi. Rzadko kiedy odważam się na generalizacje – psycholog czy psychoterapeuta zazwyczaj zaczyna odpowiadać na pytanie od słów „to zależy“ i ponoć po tym można poznać, że to dobry psycholog lub psychoterapeuta. Oczywiście to tylko tak pół żartem 😉 Prawda jest taka, że faktycznie jesteśmy zbyt skomplikowani jako ludzie, aby móc wypracować łatwe, uniwersalne rady dla szerszego grona odbiorców. Niemniej jednak, pomimo tego, że tak wiele nas różni, bardzo wiele też nas łączy. Jednym z aspektów naszej psychologii jest samoocena, poczucie własnej wartości, to, w jakim stopniu lubimy siebie.

Co to jest akceptacja siebie?

Akceptacja siebie to podejście do całości swojej osoby ze zrozumieniem i troską1 – realistyczne spojrzenie na swoje mocne i słabe strony oraz zgoda na to, że mamy je w takiej, a nie innej konstelacji. Nie jest to patrzenie na siebie przez palce, niedbałość o pracę nad sobą i lekceważenie uwag ze strony otoczenia, ale nie jest to także obrażanie siebie za „zbyt duży brzuch“, za „niską ocenę na egzaminie“, „bycie zbyt zapracowaną mamą“ lub „nerwowym ojcem“. Co z tą wiedzą zrobimy dalej, to już zależy od naszych potrzeb, motywacji i cech osobowości.

Jeśli sami nie akceptujemy siebie lub pewnych aspektów siebie, to trudno będzie nam budować głębokie i intymne związki z innymi – akceptacja siebie jest rodzajem fundamentu, który w wielu przypadkach stanowi podstawę naszego psychicznego dobrostanu. Jeśli rozważasz konsultację, sprawdź jak wygląda pierwsza wizyta u psychologa lub psychoterapeuty.

Dlaczego trudno nam pokazać siebie takimi, jacy jesteśmy?

Każdy z nas ma w sobie zarówno cechy, za które się lubi, jak i takie, które lubi mniej lub najchętniej by się ich pozbył – i to właśnie one najczęściej stoją za lękiem przed pokazaniem się innym. Chyba każdy z nas rozpoznaje w sobie takie cechy, fantazje, przemyślenia i doświadczenia, które najchętniej ukryłby lub zakopał za siedmioma górami (jak najdalej!). Często uczymy się te aspekty siebie skrzętnie ukrywać przed innymi, a nawet potrafimy bardzo sprawnie robić to względem samych siebie i na długo zapomnieć o tym, czego w sobie nie lubimy… przynajmniej dopóki dobra koleżanka albo wspaniały przyjaciel nie wypomną nam w przypływie szczerości „do bólu“ jakimi to jesteśmy hipokrytami, bo to i tamto i tak dalej…

Takie ukrywanie siebie przed sobą samym, jak i przed innymi, skupianie się na odgrywaniu pewnej wersji siebie, ciągłe staranie się, by inni nie zauważyli w nas słabości (w naszej ocenie rzecz jasna!), które chcielibyśmy zachować dla własnej niepamięci, wiele nas kosztuje i często zubaża nasze relacje z innymi – nie możemy wówczas „wyluzować“, spontanicznie śmiać się z siebie, mieć tego modnego „dystansu do siebie“.

Zapytaj sam siebie

Zachęcam Cię teraz do zadania sobie kilku pytań, które pomagają rozpoznać, z czym dokładnie się zmagasz. Jakich aspektów siebie nie lubisz najbardziej? Czego boisz się pokazać innym? Czego się wstydzisz przed innymi, a może też przed sobą? Czy w bliskich, intymnych relacjach czujesz czasem strach przed pokazaniem tego?

Czego tak naprawdę się boimy?

Za lękiem przed pokazaniem siebie innym często stoi przekonanie, że to, czego sami w sobie nie lubimy, będzie powodem do porzucenia nas, obśmiania czy skrytykowania. Można to tłumaczyć na wiele sposobów – ktoś mógł nam kiedyś powiedzieć, że coś w nas było złe, niedobre, śmieszne albo gorzej: zboczone, dziwaczne lub grzeszne (nawet w żartach), a my nieświadomie to przyswoiliśmy. Jest to pewne uproszczenie, ale przydatne dla celów ilustracyjnych – w rzeczywistości sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Nigdy nie jest bowiem tak, że gdy tylko ktoś się z nas zaśmieje, już nigdy nie zachowujemy się w taki sam sposób.

Czasem aby zaakceptować siebie potrzebna jest pomoc specjalisty.Jeśli sami nie akceptujemy siebie lub pewnych aspektów siebie, to trudno będzie nam budować głębokie i intymne związki z innymi.

Jak zacząć akceptować swój „cień“?

Karl Jung wypracował pojęcie „cienia“ – to nasze nielubiane i nieakceptowane przez nas fantazje, pragnienia, cechy i zachowania, wszystko to, czego wolelibyśmy w sobie nie widzieć. Czasem dobrze jest czegoś nie widzieć, czasem można dzięki temu wiele zyskać. Ale ile można stracić, gdy więcej nie widzimy, niż widzimy! Stracić można między innymi możliwość nawiązania bliskich relacji z innymi, budowania głębokiej więzi z partnerem lub partnerką.

Gdy dużo energii poświęcamy na ukrywanie „cienia“, trudno skupić się na spontanicznej, głębokiej więzi, na ciekawości drugiej osoby, nieskrępowanym poznawaniu kogoś i byciu poznawanym. Zwłaszcza bycie poznawanym cierpi na naszym braku akceptacji siebie, ponieważ będziemy nieustannie zaprzątać sobie głowę pytaniami typu „A czy on mnie będzie taką chciał?“, „Czy ona się z tego nie będzie śmiała?”, „Czy będzie mnie lubił, gdy się do tego przyznam?“ itp. Więcej o budowaniu bliskości z partnerem lub partnerką znajdziesz w tekście o terapii par.

Nie bój się swojego cienia

Poznawanie własnego cienia to nie tylko konfrontacja z trudnymi emocjami, ale też szansa na odkrycie tego, co w sobie cenne. Praktyka podpowiada, że niekiedy w tym cieniu skrywamy prawdziwe pasje, talenty i szczerą ciekawość świata dookoła nas. Wszystko to moglibyśmy wykorzystać na swoją korzyść, ale zjada nas wstyd, lęk, czasem złość i smutek, a czasem wiele, wiele innych emocji… Każdy krok w stronę poznania „swojego cienia“ to krok ku wyzwoleniu się z ograniczeń, które zostały nam nałożone wbrew naszej woli lub które sami na siebie nałożyliśmy, nie zauważając tego.

Co zyskujemy, gdy przestajemy się przed sobą ukrywać?

Gdy nauczymy się spoglądać w lustro i widzieć swój pełny obraz, siebie wraz ze wszystkimi niedoskonałościami, które tak bardzo przykuwają naszą uwagę, może też przestaną one tak bardzo przykuwać naszą uwagę na twarzach innych? Czy nie jest tak, że czasem dostajemy w towarzystwie palpitacji serca, ponieważ w połowie imprezy mówimy coś „głupiego“ lub „żenującego“ naszym zdaniem, a potem okazuje się, że nikt tego nie zauważa albo lepiej – mówi nam, że w sumie to było bardzo zabawne?

Sztuka akceptacji siebie, spoglądania na swój cień i dopuszczania do świadomości tego, co przez lata wypieraliśmy, a co powstrzymuje nas przed nawiązaniem głębokiej i intymnej więzi z innymi, to częsty temat spotkań terapeutycznych psychoterapeuty i pacjenta. Psychoterapia wyposaża nas w nowe rozumienie tego, co dotychczas było dla nas niewidoczne, i pozwala czerpać więcej z życia w taki sposób, w jaki sami uznamy za wartościowy i ważny. Czasem jest to ten sam sposób, który znany był nam przez lata, ale w czasie psychoterapii możemy zaakceptować go jako własny, a nie cudzy i narzucony.

Oczywiście psychoterapia sama „niczego nie robi“, nie dokonuje też tego psychoterapeuta. Nie jest tak, że siedzimy biernie w fotelu i przyglądamy się procesowi dobrej dla nas zmiany. Psychoterapia to nasza ciężka praca, mierzenie się z własnymi słabościami i lękami, to chwile zwątpienia, łzy, ale także radość i szansa na bardziej szczere i przyjemniejsze życie. To trochę tak, jak podczas budzenia się w letni poranek, na początku niechętnie otwieramy oczy, światło przez chwilę staje się dla naszych oczu wrogiem publicznym numer jeden, ale gdy zdecydujemy się trochę poczekać i przyzwyczaić do nowych warunków po długim śnie, to okazuje się, że to słońce jest przyjemne. Daje ciepło, oświetla i pozwala zobaczyć całą paletę barw.

O prowadzonej w PROPSYCHE terapii, oferowanej pomocy psychologicznej i konsultacjach przeczytasz tutaj.

Footnotes

  1. University of Hertfordshire. (2014, March 7). Self-acceptance could be the key to a happier life, yet it’s the happy habit many people practice the least. ScienceDaily. Retrieved September 4, 2017 from www.sciencedaily.com/releases/2014/03/140307111016.htm